Afganistan – diagnoza żołnierza

To co dzieje się od kilku tygodni w Afganistanie przeraża mnie. Wstrząsa mną bardziej niż Kukiz, polski nowy ład i kolejna fala pandemii. Dlaczego? Jestem emocjonalnie związany z tym miejscem, spędziłem tam grubo ponad rok. W 2008 roku dowodziłem grupą bojową – walczyliśmy z Talibami na południu, potem przenosiłem polski kontyngent do Ghazni, prowincji, która właśnie dostała się w ręce fundamentalistów. Straciłem czterech żołnierzy. W 2010 roku wróciłem jako doradca wojskowy, pracowałem z afgańskimi oficerami w Kabulu – mieście, które według prognoz CNN może zostać odcięte od świata za 30 dni. Przez pół roku wspólnej służby poznałem tych ludzi. Razem pracowaliśmy, jedliśmy obiady, piliśmy herbaty opowiadając sobie po rosyjsku żarty. Boję się o nich, o ich rodziny, boję się o Afganistan, który moim zdaniem zalewa zło… Słońce dla nich zachodzi – na długo.

Co właściwie się wydarzyło? Cóż – Amerykanów znam dobrze, spędziłem w Stanach ponad 3 lata. Współpracowałem z jankesami w Iraku i Afganistanie. Czuję kulturę operacyjną amerykańskiej armii. Nie wierzę, aby ktoś na poziomie ludzi w mundurach manipulował raportami – to moim zdaniem nie jest możliwe. Dlaczego o tym piszę?

Poziom wyszkolenia afgańskiej policji i wojska podlegał regularnym ocenom, sam brałem w tym udział. Te formacje NIE są gotowe do przejęcia odpowiedzialności za bezpieczeństwo w kraju. Cyfry na papierze nie odzwierciedlają faktycznych kompetencji. Zdarzało mi się pracować z oficerami, którzy byli szczerze oddani sprawie – oni wierzyli w to, że są w stanie dać ludziom nadzieję na przyszłość, coś czego tu dawno nie było, obronić ich przed siłami zła, które czają się w górach. Armia jednak stoi szeregowcami – ci natomiast zaciągali się do niej głównie dla pieniędzy. Mundur dla wielu z nich był jedyną szansą zdobycia paru groszy. Tacy ludzie pozostają wierni do momentu, w którym ktoś albo da więcej, albo użyje mocniejszych argumentów. Argument siły Talibów – brutalnej władzy nad rodzinami, przekonuje wszystkich. Żołnierz musi wiedzieć, że państwo gwarantuje bezpieczeństwo jego bliskim – jeśli tej pewności nie ma, najzwyczajniej dezerteruje. Takie wojsko, choćby najlepiej uzbrojone, pada jak kostki domina stając oko w oko ze zdeterminowanym przeciwnikiem. Tak rozsypała się ukraińska armia na Krymie, tak upadły proamerykańskie siły w Wietnamie, tak kończy każda formacja budowana ad hoc, bez idei, tradycji, kręgosłupa moralnego. Nie wierzę, że ten sygnał nie płynął od analityków wojskowych do decydentów na topie amerykańskiej polityki. Militarny pragmatyzm jest jednak niejednokrotnie podporządkowywany cynicznej polityce. W tym konkretnym przypadku prezydent Trump potrzebował wyborczych obietnic. Perspektywa zakończenia długotrwałej, kosztownej kampanii musiała podziałać na amerykańskich podatników. Trump mimo wszystko przegrał, przegrał też w tej grze Afganistan.

Dlaczego przez dwie dekady nie zbudowaliśmy instytucji, resortów siłowych zdolnych obronić Afganistan? Kiedy pojawialiśmy się na patrolach we wsiach pod pakistańską granicą ludzie byli kompletnie zdezorientowani. Nie byli pewni kim jesteśmy, czego chcemy, skąd przyjechaliśmy i co się wydarzy. Tematy rządu w Kabulu, prezydenta Karzaia, perspektyw, zaangażowania społeczności międzynarodowej były im kompletnie obce. Tak samo obca była im koncepcja państwa Afganistan. Dla nich liczył się klan, krewni, studnia we wsi i drewno na opał… O ile elity intelektualne w Kabulu rozumiały proces, przez który właśnie przechodził Afganistan, o tyle prowincja kompletnie nie brała udziału w jakichkolwiek przemianach. Ważne dla nich były tradycja i Islam, a w tych obszarach Talibowie operowali bliższej ich sercu narracją niż my. Nasza post westfalska koncepcja państwa jest w Afganistanie czymś kompletnie abstrakcyjnym. Abstrakcyjnym tematem jest również idea państwa narodowego. Tadżyk z północy nigdy nie stanie w obronie Pasztuna z południa i odwrotnie… Dlaczego więc ludzie mieliby w to uwierzyć? Cóż, takich przemian społecznych dokonuje się nie przez dekady, ale przez całe pokolenia. Do tego potrzebna jest klasa średnia – intelektualiści, którzy zaniosą ideę państwa pod każdy dach. Jedynymi intelektualistami, z którymi zdarzało mi się rozmawiać w Afganistanie byli członkowie wykształconych w Związku Radzieckim elit. Wyłącznie ci ludzie potrafili myśleć koncepcyjnie, strategicznie, docenić walor zmian. Grupa ta niestety była marginalizowana przez zachodnich sojuszników.

Opór społeczny? Tak, być może przez krótki czas w większych miastach. Bądźmy jednak świadomi siły argumentów – jaką obietnicę daje dziś afgański rząd? Cóż jest wart bez wsparcia wielkiego brata? Z drugiej strony współpraca, a nawet bierność w stosunku do Talibów gwarantuje względne bezpieczeństwo w państwie, w którym za moment rozpoczną się publiczne egzekucje. Jeśli więc nie mogę takiego kraju opuścić, to jaką postawę przyjmę? Przed takimi dylematami stają dziś dziesiątki tysięcy wykształconych ludzi – osób, które dobrze zdają sobie sprawę z tego co właśnie się dzieje. Jedynym stałym stanem w Afganistanie przez ostatnie dziesięciolecia jest brak przestrzeni na próżnię… Trochę to dziwnie brzmi –  kiedy tylko pojawia się szansa na przejęcie kontroli, ktoś ją natychmiast podejmuje. To jest tor wyścigowy, na którym lekkie zdjęcie nogi z gazu jest momentalnie wykorzystywane przez rywali. Jest tak pewnie w każdej części świata, tutaj jednak różnica polega na tym, że jednym z zawodników na torze są siły czystego zła, które nie mogąc w pełni rozwinąć skrzydeł w państwach ościennych czekają na swoją szansę. Rząd i instytucje afgańskie w tym wyścigu, zasiadając nawet w najlepszym bolidzie, nie mają jak dotąd szans bez wsparcia wielkiego brata. Ich problem to brak wykształconych kadr i patologiczna korupcja budowana na gruncie ubóstwa. Ile lat walczyliśmy w naszym kraju z korupcją i nepotyzmem?… Długo – wciąż jeszcze za krótko.

Czy to oznacza, że nie należało się mieszać w sprawy afgańskie? Dla wielu obecny zwrot sytuacji może stanowić argument do wsparcia tezy o braku zasadności interwencji zbrojnej. Ja jednak jestem przeciwnego zdania. Otóż ci brodaci gentlemani, którzy za moment wprowadzą szariat na ulicach Kabulu, zrobiliby to dwadzieścia lat temu. Rosłoby już drugie pokolenie kobiet oglądających świat spod burek, chłopców wychowanych w madrasach i fanatycznych bojowników szkolonych w tamtejszych obozach. W Afganistanie nie było, nie ma i długo jeszcze nie będzie siły, która będzie w stanie odeprzeć napór fundamentalistów. Jak żyje się przeciętnemu człowiekowi w państwie islamskim? Nie będę o tym pisał – odsyłam do relacji z terenów niedawno administrowanych przez ISIS.

Czy jako żołnierz uważam dziś, że moje misja miała sens? Jestem cholernie sfrustrowany tym, co się dzieje. Najbardziej oburza mnie to, że daliśmy tym ludziom nadzieję – sam ją niosłem jako doradca wojskowy. NIE powinniśmy moim zdaniem ich zostawiać – to kwestia moralnej odpowiedzialności. Nasza obecność w tym kraju byłaby szansą na lepsze jutro, które kiedyś wreszcie nadejdzie. Bezpieczna przyszłość – nie dla władzy, parlamentu, czy biznesu: dla tych najsłabszych, którzy ucierpią najwięcej, dla kobiet i dzieci. Mimo dzisiejszego stanu rzeczy uważam, że każdy dzień mojej misji, a było ich sporo miał sens. Każdy dzień mojego pobytu tam opóźniał to, co o zgrozo może się wydarzyć za kilka tygodni. Dzięki nam nie ziścił się przynajmniej do tej pory makabryczny scenariusz, który wciąż moim zdaniem można powstrzymać.

Co się teraz może wydarzyć? Talibowie nie są głupcami – pewnie przyjmą nieco mniej radykalną postawę. Już docierają do nas informacje o tym, że rozbrajają afgańskich żołnierzy, puszczają ich wolno, dając pieniądze. Oni dobrze wiedzą, że ludzie spodziewają się z ich strony najgorszego i delikatne choćby odpuszczenie radykalnego kursu może wywołać coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego. Ludność miejscowa poprze ich powrót, witając z nieco wymuszoną radością. Ten stan pewnie jakiś czas potrwa – przynajmniej do momentu, w którym nowi włodarze na dobre osiądą w Kabulu. Potem zacznie się administrowanie, a to funkcja na pozór tylko łatwiejsza od podbicia kraju. Szariat, dyscyplina, podejrzenia, pomówienia, wskazywanie palcem tych, którzy współpracowali z wielkim bratem… Szubienice powrócą na stadion w Kabulu, kobiety powrócą za mury, do Afganistanu zjadą zagraniczni bojownicy, którzy otrzymają tu schronienie, wikt, opierunek, szkolenie i sprzęt najwyższej klasy. Odwrócić ten stan rzeczy będzie ogromnie trudno, bo w Afganistanie nie będzie już sił, które zaufają komuś z zewnątrz, komuś, kto będzie zachęcał do walki z Talibami. Nikt już nie uwierzy w niczyje obietnice. Jedyną pewną kwestią każdego dnia będzie szariat, wszystkie inne scenariusze staną się nierzeczywistą fantazją ściętej głowy. Interwencjonizm jako idea poniesie klęskę. Pomijając dyskusję o jego zasadności jako koncepcji w stosunkach międzynarodowych, taki obrót spraw zachęci lokalnych kacyków na całym świecie, do użycia maczet i kałasznikowów tam, gdzie interes będzie tego wymagał – bo niby kto zabroni?…

Co mam nadzieję, że się wydarzy? Gdybym miał to ocenić z wojskowego punktu widzenia, to wciąż jest szansa na radykalną zmianę stanu rzeczy. Kiedy państwo islamskie rosło w siłę doszło do punktu, w którym jego dalszy rozwój wymagał wyjścia na światło dzienne. Wojsk pod czarną flagą było tyle, że stanowiły one już nie zakamuflowaną wśród ludności cywilnej partyzantkę, ale regularne siły. Żadna formacja tego typu nie wygra z siłami zachodu w regularnej walce. Talibowie zachęceni sukcesami zaczną tworzyć duże formacje, koncentrować siły przed wejściem do Kabulu. Mam nadzieję, że wielki brat na to czeka, bo właśnie wtedy technologia, brutalna siła i precyzja mogą zmienić bieg wydarzeń. Żadna regularna formacja nie wytrzyma starcia z amerykańskim lotnictwem wspartym kontyngentem na ziemi. Powrót tej siły być może tchnie nadzieję i rozbudzi ducha walki u tych, którzy w Afganistanie ją utracili. Bez niego nie ma moim zdaniem mowy o zatrzymaniu ofensywy Talibów. Nie ma też mowy o tym, by Słońce ponownie wzeszło w tym kraju przez długie dziesiątki lat. Z tymi ludźmi niestety trzeba jeszcze pozostać. Taki scenariusz wymaga niestety podjęcia radykalnych decyzji w gabinecie owalnym w ciągu najbliższych dni.

Jak wspomniałem we wstępie obserwuję to co się dzieje w Afganistanie z ogromnym niepokojem. Martwię się nie tylko dlatego, że pozostaje tam kilkoro dobrze mi znanych osób, ludzi, z którymi pracowałem, których ściągałem do Europy, dumnie pokazując im nasz świat. Przeraża mnie przede wszystkim to, czego nauczyłem się o fundamentalizmie i jego wyznawcach. Ci ludzie nie cofną się przed niczym, skala ich brutalności będzie rosła do niewyobrażalnego poziomu. To miejsce stanie się piekłem, przystanią zła, koszmarem dla kobiet, dzieci i wszystkich tych, którym nie odpowiada ponury szariat. Narażałem w tym kraju swoje życie i nie żałuję ani jednego dnia spędzonego na misji. Dziś jeszcze bardziej wierzę, że to co robiłem miało sens. Żyję niewielką nadzieją, że polityczni decydenci opamiętają się, odpowiedzialność i etyka wezmą górę nad statystykami wyborczymi. Paradoksalnie gwałtowne postępy Talibów mogą pomóc w przebudzeniu się elit. Trzymam za to kciuki i liczę, że ofiara, którą złożyliśmy jako żołnierze nie zostanie sprzedana za oceanem, w Europie, gdziekolwiek… Tam niestety powinniśmy jeszcze być, po to by dać szansę na lepsze jutro.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *