Budowanie zespołów: morski fenomen

Żeglowanie – coś w tym jest i to chyba nie jest do końca wyłącznie błękit morza… Kilka tygodni temu rozmawiałem z przyjaciółmi o planowanym rejsie. Kanary – Madera – Portugalia, wspaniała trasa, byłem poważnie podekscytowany więc długo opowiadałem o tym co mnie czeka. Jeden z rozmówców zapytał kto ze mną płynie. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą: „nie wiem…”. „Jak to nie wiesz?! Nikogo nie znasz? Masz tam spędzić dwa tygodnie na kilku metrach kwadratowych i nikogo nie znasz?” Ten koncept społeczny wydał się moim rozmówcom dość egzotyczny. Zareagowali pobłażliwymi uśmiechami, kryjąc podszyte niepokojem niedowierzanie. Tak, żeglarstwo to rzadko praktykowany zwyczaj skazywania się na towarzystwo nieznanych osób, w warunkach powiedzmy „ograniczonej swobody”. Nie jest to pierwszy raz, kiedy ruszam na morze w kompletnie nieznanym mi teamie. W załogach zazwyczaj jest kilka osób, które pojawiają się bez żadnego towarzystwa. Na pokładach skrzydlatych statków spotykają się przeróżne zestawy osobowości. Ludzie o różnym pochodzeniu, wykształceniu, poglądach, wieku… Przyznam jednak, że pomimo tej różnorodności nie zdarzyło mi się dotąd być świadkiem żadnego poważnego konfliktu… Zatem co w tym jest? Jak to możliwe, że stłoczeni na kilku metrach kwadratowych, rzucani w rytm fal, przemęczeni ludzie potrafią ze sobą bezkonfliktowo współpracować?

Odpowiedzi na to pytanie mam kilka. Zacznę jednak od przedstawienia warunków w jakich bytujemy podczas rejsów. Jacht morski to nie transatlantyk – zamieszkujemy dość ciasne kabiny o wielkości powiedzmy, porównywalnej do powierzchni dwuosobowego łóżka. Dzielimy tę przestrzeń nierzadko z kimś, kogo poznaje się tuż przed rozpoczęciem rejsu. Sama czynność żeglowania, którą w nieco większych szczegółach opisałem tutaj, jest dla kogoś, kto tego nie kocha, czymś niezwykle uciążliwym. Żegluga to albo rozkołys jachtu na spiętrzonych wiatrem falach, albo hałas silnika na płaskim jak stół morzu. Obie opcje dla osoby nie zakochanej w błękicie, mogą się wydać raczej kiepskim sposobem spędzania czasu. Podczas rejsów jesteśmy lekko niewyspani, trochę poobijani i powiedzmy – „delikatnie niedomyci” (higiena z uwagi na ograniczoną ilość wody słodkiej nie jest najmocniejszą stroną morskich przelotów…). W takich okolicznościach poznają się osoby, które decydują się spędzić razem dni, czasem tygodnie. Wyobraź sobie teraz, że zamykasz szóstkę przypadkowo wybranych osób na dziesięciu metrach kwadratowych, w warunkach jak wyżej, na dwa tygodnie (z widokiem na morze oczywiście…). „Big Brother” w wersji ekstremalnej – czego byś się spodziewał? Jak to zatem możliwe, że podczas rejsów powstają przyjaźnie na całe życie, a my nie tylko nie wyrzucamy się nawzajem za burtę, ale wręcz wracamy do domów wypoczęci i żądni kolejnych wrażeń… Czy jest coś szczególnego w morskiej praktyce budowania zespołów?

Po pierwsze – wspólny mianownik. Ten element to pasja, która nas łączy i dzięki której wszyscy wiemy czego się spodziewać. Największą według mnie barierą do poznawania się ludzi w codziennych realiach „lądowych” jest to, że nie potrafimy się komunikować. Morze i morskie doświadczenia to dla żeglarskiej braci platforma komunikacyjna. To cały zbiór tematów, o których potrafimy dyskutować całymi godzinami. Jeśli nie opowiadamy sobie właśnie o swoich doświadczeniach, to zazwyczaj wymieniamy się wrażeniami na temat tego co dzieje się wokół. Oceaniczny krajobraz jest zawsze dookreślony – dla każdego z nas w specyficzny sposób. Otaczający jacht pejzaż jest zawsze areną zmian – fale są z godziny na godzinę mniejsze, większe, dłuższe, wyższe, wiatr silniejszy, słabszy, gwiazdy mniej lub bardziej widoczne – tak, na morzu jest zawsze o czym pogadać i to jest z reguły przyjemny temat. Godziny spędzane na jachcie podczas długich rejsów wręcz zmuszają nas do rozmów. Nie ma tu zasięgu internetu, nie ma smartfonów, dlatego żeglarze rozmawiają ze sobą… Nie ma możliwości wlepienia wzroku w ekran telefonu – brama do wirtualnego świata jest zamknięta. Żeglarze są skazani na współistnienie z tymi, którzy są wokół nich tu i teraz. „Załoga” to słowo o znacznie silniejszym wydźwięku niż „grupa”. Komunikacja budowana na bazie wspólnej pasji jest zatem dla nas, żeglarzy, zasadniczym spoiwem społecznym. Podkreślę to raz jeszcze – tradycyjna komunikacja werbalna… Bez niej nie wyobrażam sobie funkcjonowania fenomenu zespalania zebranego ad hoc zestawu ludzi. Nie jestem też w stanie wyobrazić sobie tego procesu w gronie ludzi zawieszonych na ekranach telefonów.

Po drugie – moc słowa „chcę”. Żeglowanie to szkoła charakteru, która zaczyna się gdzieś na Mazurach, a kończy na oceanicznych rejsach (właściwie morze kształci nas bez końca)… Tę przygodę zaczyna wiele osób. Wyobrażenie o żeglowaniu większości poczatkujących mija się jednak z raczej szorstką w obejściu rzeczywistością. Weekend na mazurach, czy tydzień pływania na Chorwacji nie stanowią jeszcze bariery wejścia do świata autentycznego, morskiego żeglarstwa. Moim zdaniem pierwszym etapem, na którym wysypują się ci, którzy nie odnajdują się w błękitnym świecie długodystansowych wypraw są rejsy bałtyckie. Nasze morze ma swój urok, którego próżno szukać gdzie indziej. Bałtyk potrafi też jednak sponiewierać żeglarza i statek. Tu początek mają opowieści o epickich stadiach chorób morskich. Tutaj również odpadają Ci, którzy nie akceptują kompromisów i zasad życia w grupie. Rejsy bałtyckie to weryfikator charakterów. Jest to stan, do którego powracają Ci, którzy ponad komfort luksusowego jachtu i promieni Słońca cenią sobie dzielność morską, smak soli i zapach morza. Tu zaczyna się prawdziwa przygoda, którą pokochasz lub znienawidzisz. Tutaj też w sercach żeglarzy kiełkuje zew – moc słowa „chcę”, która pcha ich w objęcia kolejnych wyzwań na odległych wodach. W efekcie tego procesu na pokładzie morskiego jachtu spotykamy grupę ludzi, którzy cenią sobie moment, w którym się znaleźli. Wszyscy chcemy tu być, doceniamy to i dzielimy się radością z tego co nas czeka. Marzenia każdego z nas stają się wspólnym wyzwaniem, które podejmujemy jako załoga. Pojemność tego określenia mieści w sobie nie tylko sens „zgrania”, jest ona przede wszystkim wypełniona wspólnym pojmowaniem celu.

Po trzecie – autorytety. Rejs to załoga… Załoga to zespół, który ma swojego kapitana i wewnętrzną hierarchię. Pierwszy uścisk dłoni po przybyciu na pokład to przywitanie z kapitanem. Jako lider zespołu jest on „drugim po Bogu” i ma bardzo szerokie prawa do zarządzania czasem podległych mu żeglarzy. Zaczyna się od tego „kto z kim dzieli kajutę”, „kto z kim pełni wachtę”, o której wstajemy, gdzie wypływamy, co i kiedy jemy, kto za jakie prace na jachcie odpowiada – o tym wszystkim decyduje kapitan. Będąc żeglarzem akceptujesz zasady ustalone przez osobę, której prawo morskie dało władzę. Przyjmujesz hierarchię jako naturalny stan rzeczy, dzięki któremu jacht i załoga będą bezpieczne. Kapitan to autorytet, którego nikt nie śmie podważać. Kapitan to również ogromna odpowiedzialność, którą każdy doświadczony żeglarz dostrzega i docenia. Odpowiedzialność, której również wielu obawia się na siebie przyjąć. Stąd też w tym fachu rzadko jest więcej „wodzów niż Indian”… Budujemy sprawnie zespół ponieważ akceptujemy hierarchię i strukturę, szanujemy autorytety. Nikt z nas, żeglarzy nie śmie podważać zasadności budowanego przez wieki morskich doświadczeń systemu. Kapitan – oficerowie – wachty – załoga… To materializacja wartości takich jak autorytet, hierarchia i spójność. Koloryt rzeczywistości, którą każdy z nas zna i akceptuje. Wchodząc na pokład decydujemy się wpisać w pewien jasno określony układ społeczny.

 

Zatem „morska szkoła” budowania zespołów opiera się na tradycyjnych wartościach. Komunikujemy się ze sobą nie uciekając od rzeczywistości w otchłań internetu. Jesteśmy „tu i teraz”, a współtowarzysze oceanicznej doli są jedyną galaktyką, w której orbitujemy. Z pokładu nie ma ucieczki – jedyną społecznością na jego śliskich deskach jest załoga, z którą trzeba rozmawiać… Łączy nas pasja – zachwyt nad wielkim błękitem. Doceniamy moment, w którym jesteśmy, dzięki czemu nikt z nas nie tęskni podczas rejsu do plastikowego świata instagramu… Akceptujemy autorytety i hierarchię. Szanujemy dobre zasady morskiej praktyki, których nikt z nas nie śmie kwestionować.

Mam wrażenie, że w dobie rozwoju psychologii biznesu i szeroko pojętego „coachingu”, należy się zastanowić, czy pewnych elementów opisanego przeze mnie fenomenu nie warto przenieść na grunt korporacyjnych relacji. Tradycyjna komunikacja, szacunek dla autorytetów i hierarchii brzmią dzisiaj dość egzotycznie. Być może warto spojrzeć wstecz, sięgnąć do wartości, które powstawały przez setki lat historii walki człowieka z żywiołem. Ludzie zwyciężali wtedy, gdy stanowili zgraną załogę – zespół oparty na silnym przywiązaniu do wartości. Czy dostrzegacie przestrzeń dla morskiej praktyki we współczesnym, korporacyjnym zarządzaniu? Zapraszam do komentarzy i dyskusji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.